Dziś już jest tydzień po zabiegu. Dokładnie w środę na południe zabrano mnie na sale operacyjną. Co dziwne, nie denerwowałam się. To pewnie zasługa nowej koleżanki, która była też po tym zabiegu i jej niesamowity ekstrawertyzm przełamał mój introwertyzm. Czułam się bardzo dobrze. Potem przyszła noc po operacji, która była najdłuższa nocą mojego życia. Od 18 w środę do 6 rano w czwartek budziłam się co jakieś 30 minut. Pamiętam moją mamę i siostrę, że były na sali pooperacyjnej. Chciałam żeby ta noc się skończyła i żebym wróciła jak najszybciej na zwykłą sale. Opieka była świetna. A ja byłam tak bierna, że nie miałam nawet siły się na nic złościć. Opuchnięta jak chomik wróciłam w czwartek na salę. Z sondą w nosie i druga dziurką zatkaną, chyba po intubacji, oddychałam przez jeszcze nie zagumkowane zęby. Efekt - buzia w środku wyschnięta na wiór, a ja uśliniona jak pies Pawłowa. Nie mogłam spać w ogóle. Oczy zachodziły opuchlizną i miałam uczucie wielkiej senności bez wyspania się. Czwartek był straszny, ale w piątek było gorzej. Mimo tego, że zawsze staram sobie dawać rade z przeciwnościami i nie marudzić to miałam 30-sto sekundową myśl "Po co mi to było". Szybko przegoniłam ja z mojej głowy, bo robię to nie dla mojego widzimisię tylko dla sprawnego jedzenia i uniknięcia jakichś niemiłych komplikacji. Zaklejona jestem na budzi dodatkowymi plastrami, które mają ściągać szybciej opuchliznę. To jakiś program badawczy, chyba studenta, mojego profesora. Pierwsza próba założenia szyny i gumek w piątek po zabiegu nie wyszła - byłam za bardzo opuchnięta, a nos zatkany. specyfiki do nosa i jedna dziurka w miarę się odetkała. W sobotę podejście numer dwa. Buzia zamknięta, już nie ślinię się jak wściekła.
Dzięki mamie i siostrze, a przez weekend jeszcze cioci jakoś przetrwałam ten czas. Zastanawiam się czy tylko ja tak źle zniosłam zabieg? Zbyt mało się obawiałam? Czytałam pobierznie kilka blogów i obiesane było to tam jakoś tak pozytywnie. Może po powrocie do domu opisy tych osób przybladły i widziały one tylko lepszą stronę?
Niedziela była oczekiwaniem na poniedziałek i ubawem z kolegi z oddziału. Biegał on do pielęgniarek z byle bzdurą. My z dziewczynami - po różnych zabiegach - nie mogłyśmy mówić, za to on z urazem kości jarzmowej, nawijał jak wściekły. Piłkarz wiec na miejscu nie mógł usiedzieć.
W poniedziałek Pani doktor powiedziała, że świetnie sobie radze z sondą. Myślała, że będzie musiała usuwać ją w piątek kiedy miałam problemy z oddychaniem. I wpisując mnie wyjęła sondę. Teraz nos zatkany, ale staram się go oczyścić.
Zadowolona jestem już w domu. Czuję się trochę otępiała, zmęczona, z bijącym sercem i oczywiście ciągle głodna. Miksowane jedzenie nie jest tak samo dobre jak to gryzione.
Czyli to nie taki różowy obłoczek jak się zdawało. Prę do przodu. Z pomocą moich bliskich jest łatwiej. Byłam zdziwiona przez ten tydzień, który przebywałam w szpitalu, że tyle osób się o mnie martwi. Nawet takich, o których nie myślałam, że będą się tak przejmować.
W ich jest moja siła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz