Po operacji nadal zatkana jedna dziurka, ta w której była sonda. Druga się już otworzyła po agresywnej terapia Otrivinem i wodą morską, choć na początku było ciężko. Nadal cieknie z nosa. Dziurka po sondzie otwiera się tylko jak za psikam czymś rozkurczającym. I nos jest jakby trochę nie równy... krzywy rzec. Wiem, że wszystko się może jeszcze zmienić. Opuchlizna wewnętrzna schodzi długo. wiec na razie czekam.
Brody nadal nie czuję, dolnej wargi, nosa i policzków w okolicy nosa. Żuchwę czuję, górna warga jest mrowiąca.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą progenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą progenia. Pokaż wszystkie posty
piątek, 11 kwietnia 2014
środa, 26 marca 2014
Długi męczący wydech
Dziś już jest tydzień po zabiegu. Dokładnie w środę na południe zabrano mnie na sale operacyjną. Co dziwne, nie denerwowałam się. To pewnie zasługa nowej koleżanki, która była też po tym zabiegu i jej niesamowity ekstrawertyzm przełamał mój introwertyzm. Czułam się bardzo dobrze. Potem przyszła noc po operacji, która była najdłuższa nocą mojego życia. Od 18 w środę do 6 rano w czwartek budziłam się co jakieś 30 minut. Pamiętam moją mamę i siostrę, że były na sali pooperacyjnej. Chciałam żeby ta noc się skończyła i żebym wróciła jak najszybciej na zwykłą sale. Opieka była świetna. A ja byłam tak bierna, że nie miałam nawet siły się na nic złościć. Opuchnięta jak chomik wróciłam w czwartek na salę. Z sondą w nosie i druga dziurką zatkaną, chyba po intubacji, oddychałam przez jeszcze nie zagumkowane zęby. Efekt - buzia w środku wyschnięta na wiór, a ja uśliniona jak pies Pawłowa. Nie mogłam spać w ogóle. Oczy zachodziły opuchlizną i miałam uczucie wielkiej senności bez wyspania się. Czwartek był straszny, ale w piątek było gorzej. Mimo tego, że zawsze staram sobie dawać rade z przeciwnościami i nie marudzić to miałam 30-sto sekundową myśl "Po co mi to było". Szybko przegoniłam ja z mojej głowy, bo robię to nie dla mojego widzimisię tylko dla sprawnego jedzenia i uniknięcia jakichś niemiłych komplikacji. Zaklejona jestem na budzi dodatkowymi plastrami, które mają ściągać szybciej opuchliznę. To jakiś program badawczy, chyba studenta, mojego profesora. Pierwsza próba założenia szyny i gumek w piątek po zabiegu nie wyszła - byłam za bardzo opuchnięta, a nos zatkany. specyfiki do nosa i jedna dziurka w miarę się odetkała. W sobotę podejście numer dwa. Buzia zamknięta, już nie ślinię się jak wściekła.
Dzięki mamie i siostrze, a przez weekend jeszcze cioci jakoś przetrwałam ten czas. Zastanawiam się czy tylko ja tak źle zniosłam zabieg? Zbyt mało się obawiałam? Czytałam pobierznie kilka blogów i obiesane było to tam jakoś tak pozytywnie. Może po powrocie do domu opisy tych osób przybladły i widziały one tylko lepszą stronę?
Niedziela była oczekiwaniem na poniedziałek i ubawem z kolegi z oddziału. Biegał on do pielęgniarek z byle bzdurą. My z dziewczynami - po różnych zabiegach - nie mogłyśmy mówić, za to on z urazem kości jarzmowej, nawijał jak wściekły. Piłkarz wiec na miejscu nie mógł usiedzieć.
W poniedziałek Pani doktor powiedziała, że świetnie sobie radze z sondą. Myślała, że będzie musiała usuwać ją w piątek kiedy miałam problemy z oddychaniem. I wpisując mnie wyjęła sondę. Teraz nos zatkany, ale staram się go oczyścić.
Zadowolona jestem już w domu. Czuję się trochę otępiała, zmęczona, z bijącym sercem i oczywiście ciągle głodna. Miksowane jedzenie nie jest tak samo dobre jak to gryzione.
Czyli to nie taki różowy obłoczek jak się zdawało. Prę do przodu. Z pomocą moich bliskich jest łatwiej. Byłam zdziwiona przez ten tydzień, który przebywałam w szpitalu, że tyle osób się o mnie martwi. Nawet takich, o których nie myślałam, że będą się tak przejmować.
W ich jest moja siła.
Dzięki mamie i siostrze, a przez weekend jeszcze cioci jakoś przetrwałam ten czas. Zastanawiam się czy tylko ja tak źle zniosłam zabieg? Zbyt mało się obawiałam? Czytałam pobierznie kilka blogów i obiesane było to tam jakoś tak pozytywnie. Może po powrocie do domu opisy tych osób przybladły i widziały one tylko lepszą stronę?
Niedziela była oczekiwaniem na poniedziałek i ubawem z kolegi z oddziału. Biegał on do pielęgniarek z byle bzdurą. My z dziewczynami - po różnych zabiegach - nie mogłyśmy mówić, za to on z urazem kości jarzmowej, nawijał jak wściekły. Piłkarz wiec na miejscu nie mógł usiedzieć.
W poniedziałek Pani doktor powiedziała, że świetnie sobie radze z sondą. Myślała, że będzie musiała usuwać ją w piątek kiedy miałam problemy z oddychaniem. I wpisując mnie wyjęła sondę. Teraz nos zatkany, ale staram się go oczyścić.
Zadowolona jestem już w domu. Czuję się trochę otępiała, zmęczona, z bijącym sercem i oczywiście ciągle głodna. Miksowane jedzenie nie jest tak samo dobre jak to gryzione.
Czyli to nie taki różowy obłoczek jak się zdawało. Prę do przodu. Z pomocą moich bliskich jest łatwiej. Byłam zdziwiona przez ten tydzień, który przebywałam w szpitalu, że tyle osób się o mnie martwi. Nawet takich, o których nie myślałam, że będą się tak przejmować.
W ich jest moja siła.
piątek, 28 lutego 2014
;/
Zostały równe dwa tygodnie do zabiegu. Polecenie od lekarza rodzinnego nie przeziębiać się. Stomatolog - wyślij mi zdjęcia "po" na priv. Znajomi: to "po" to będziemy pisać, a "przed" będziemy dzwonić. Z mówieniem będzie ciężko "po". Ja zaczynam panikować - nie mogę usnąć wieczorem - ale to pewnie przez wypicie litra Cherry Coke wczoraj ze znajomymi.
Coraz bliżej. Coraz bliżej.
Coraz bliżej. Coraz bliżej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
